***~~~*** Maria By Arek Rydel Translated into Polish by the Author Copyright 2011 Arek Rydel Smashwords Edition ***~~~*** Smashwords Edition, Licence Notes Thank you for downloading this free ebook. You are welcome to share it with your friends. This book may be reproduced, copied and distributed for non-commercial purposes, provided the book remains in its complete original form. Thank you for your support. Dziękuję za pobranie tej bezpłatnej książki. Serdecznie zapraszam do udostępnienia jej Waszym znajomym. Ta książka może być skopiowana i rozprowadzona dla celów niekomercyjnych pod warunkiem że pozostanie w całości i w nie zmienionym kształcie. Dziękuję za Wasze poparcie. Siedzę w kawiarni w tym obcym mieście, które już dawno temu stało się moim drugim domem. Popijam zagadkowy brązowy płyn, nazywany tutaj kawą. Jest mi smutno i czuję się samotny. Zapewnie mam depresję. W tym kraju ludzie „zalewają” depresję piwem. Mój Boże! Piwem! Po piwie jest mi zwykle jeszcze bardziej smutno. Moim lekarstwem na depresję jest czekolada. Churros con chocolate w café Fútbol w hiszpańskiej Granadzie. Prawdopodobnie jest to najlepsze miejsce na świecie na tę kaloryczną bombę, którą pierwszy raz spróbowałem właśnie tam, w Andaluzji… Próbuję sobie przypomnieć ostatni raz kiedy byłem w Granadzie. Siedzę w innej kawiarni na placu tuż przy murach Alhambry. Bynajmniej nie jest to mój pierwszy pobyt... Lubię to miasto. Zawsze przybywam tutaj z wielkimi oczekiwaniami, z nadzieją, że wreszcie dowiem się, co przyciąga mnie do tego miejsca. Za każdym razem wyjeżdżam lekko rozczarowany. Granada jest piękna, ale ciągle czegoś mi w niej brakuje. Lato minęło, więc nie ma już tylu turystów co jeszcze miesiąc temu. Nie lubię tłumów. Jest piękny dzień, choć trochę pochmurny. Dobry dzień na spacer. Przygotowałem sobie plan na dzisiejsze popołudnie. Chcę się przejść po niektórych miejscach, które lubiłem dawniej. Mam ze sobą mapkę, gdzie je zaznaczyłem. Przy sąsiednim stoliku siedzi kobieta. W innym miejscu lub w innym czasie, pewnie bym jej nie zauważył. Jest ładna, choć nie nazwałbym jej pięknością. Na pewno nie jest modelką z okładki kolorowego magazynu. Ma czarne włosy, a na sobie kolorową letnią sukienkę. Kapelusz od słońca leży obok niej na stoliku. Jest w niej coś znajomego, czego nie potrafię określić. Bezwiednie robię coś co nie należy do tego świata - cabeceo… I jednocześnie otwiera się inny świat i inna pora. Jestem w Buenos Aires. Jest wiosna. Bóg musiał wypić zbyt dużo ambrozji tworząc wiosnę w listopadzie. I Boże Narodzenie w środku lata! Idę właśnie do miejsca, gdzie Argentyńczycy tańczą swoje tango. Nie jestem Argentyńczykiem, ale uważam się za tancerza tango. Dostaję nienajlepsze miejsce przy stoliku, ale na dziś musi wystarczyć. Lubię tutaj siedzieć słuchając muzyki i obserwując tańczące pary. Minęło już kilka godzin. Próbuję kogoś poprosić do tańca, ale pewnie robię to bez przekonania, albo straciłem tę pewność siebie, tak niezbędną dla tancerza. Znowu słyszę ten kawałek okropnej muzyki, który tu służy do oddzielenia kolejnych serii tang. Znam dostatecznie miejscowego DJ-a, żeby zgadnąć, że następny blok będzie się składał z wesołych milong. Dla niektórych słowa radosny i tango nie mogą się znaleźć w jednym zdaniu, ale nie dla mnie. Dlatego tak lubiẹ milongi. Patrzę na drugą stronę parkietu i widzę kobietę. Wiem, że nieźle tańczy. Widziałem ją wcześniej na parkiecie. Patrzę na nią i ona oddaje mi spojrzenie, ale chwilę później odwraca wzrok. Znowu klapa! Nagle staje się cud, ona odwraca się i znów patrzy na mnie. Czyżbym widział uśmiech w jej oczach? Ja na pewno mam uśmiech na twarzy. Nic na to nie mogę poradzić. Nie tracę czasu. Kiedy zaczyna się muzyka już stoję na parkiecie w pobliżu jej stolika. Wielka sztuka cabeceo, tego fascynującego sposobu zapraszania do tańca bez wypowiedzenia jednego słowa. W końcu zrozumiałem jak to się robi...i znowu jestem w innym czasie i w innym miejscu. Płacę mój rachunek w kawiarni i jestem przy drzwiach w tym samym momencie, kiedy ona również wychodzi. Już na zewnątrz odwracamy się do siebie. Mówię, że jest w niej coś znajomego. Ona odpowiada, że też ma wrażenie, iż mnie widziała już wcześniej w jej rodzinnym Buenos Aires. Pokazuję mapkę i mówię, że chcę iść na małą wyprawę do najbliższej dzielnicy, i że przygotowałem sobie plan. Pytam, czy chce się do mnie dołączyć… Robi coś zaskakującego. Bierze mapkę i wkłada ją do mojej kieszeni. Potem mówi po prostu: chodźmy. Skręcamy na lewo, w jedną z wąskich uliczek dzielnicy Albaicin. Widzę białe ściany i uliczkę tak wąską, że można by pomyśleć, iż wyciągnąwszy ręce dosięgnie się równocześnie obu ścian. Wchodzimy w zupełnie inny świat i czuję, że tym razem jest jakoś inaczej. Czyżby słońce wyszło zza chmur właśnie w tym momencie? Nawet nie mówimy dużo. Nagle ona wskazuje na zakratowane okno na piętrze z dużą doniczką czerwonych kwiatów. Obok siedzi kot, zwykły szary kot, który nas leniwie obserwuje. W tym momencie jest to dla mnie najpiękniejszy widok na świecie. Wiem, nawet bez słów, że ona i ja myślimy i czujemy tak samo, podobnie jak wcześniej na parkiecie… Kiedy zaczyna się muzyka, Argentyńczycy czekają przez chwilę, zanim zaczną tańczyć. Słuchają muzyki i rozmawiają ze swoimi partnerkami. My łamiemy nieco tę regułę i zwyczajnie cieszymy się chwilą bez jednego słowa. Wyciągam ręce, ona zbliża się do mnie i już jesteśmy gotowi, choć nieco spóźnieni. Inne pary zaczęły już tańczyć, a my dopiero robimy pierwszy krok. Rozpoznaję muzykę. Zawsze mnie fascynuje, że za każdym razem inaczej odbieram nawet te same tanga. Wczoraj mogłem lubić inną orkiestrę, ale dziś najbliższa mi jest muzyka grana przez orkiestrę d’Arienzo. Teraz tańczymy milongi grane przez grupę, słynną siedemdziesiąt lat temu. Zaczynamy tańczyć i czuję że jest naprawdę dobrą tancerką. I nagle przychodzi ten moment. Jakiś akcent zagrany na skrzypcach, kiedy ona jakby się zawahała. Nie na tyle by zaburzyć rytm, raczej jakby chciała zapytać – czy ty to słyszałeś? Instynktownie odpowiadam nieco zmieniając moje prowadzenie i czuję się jakby pod wpływem jakiegoś czaru. Zaczynamy stanowić jedność: ja, ona i muzyka. I chyba pod wpływem tego samego czaru czujemy, że jesteśmy w harmonii również z resztą tancerzy na parkiecie. Tańczymy dalej, odkrywając muzykę jakbyśmy słyszeli ją po raz pierwszy. Nie chcę by się to skończyło. Kończy się ostatnia milonga i znów słyszę okropną muzykę wskazującą, że czas odprowadzić partnerkę do jej stolika. Jestem pod wpływem przeżytego czaru jeszcze przez kilka minut. Czuję się szczęśliwy, już gotów do wyjścia, choć również trochę smutny, bo wiem, że ta chwila nie może trwać wiecznie...I znowu jestem w Granadzie… Idziemy dalej i zatrzymujemy się przed maleńką kwiaciarnią. W końcu trafiamy na malutki placyk, z którego jest wspaniały widok na pałace Alhambry. Stara cyganka siedząca na ławeczce zdaje się pasować do miejsca, a nawet dodawać mu piękna. Stoimy przez chwilę i mówię, że chciałbym ją jeszcze kiedyś zobaczyć, ale ona odpowiada mi, że wraca już dziś do swojego Buenos Aires. Odpowiadam coś głupiego w rodzaju: chciałbym byś została dłużej… Już prawie skończyłem kawę. Jest już całkiem zimna. Myślę o tych dwóch wspomnieniach, które dziś wróciły do mnie w jednym i tym samym momencie. Skłaniają mnie one do marzeń o lepszym życiu. Życiu bez zimnych ekranów komputera zastępujących ludzkie twarze. Czuję, że dziś wieczorem muszę iść znów tańczyć tango, wrócić do wirtualnego świata wielkich nadziei, dziesięciominutowych marzeń i pełnego pięknej muzyki, która pozwala mi zapomnieć o prawdziwym życiu… Tango… PS. Prawdopodobnie przez zwykły przypadek obie kobiety miały to samo imię – Maria. ###